Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
W niektórych chińskich wioskach lokalne władze (czytaj "lokalni watażkowie") wywierają naciski na mieszkańców, aby ci budowali większe, nowsze domy. Głównie chodzi o to, że dana gmina chce się lepiej prezentować, by pozyskać inwestorów - nowe fabryki, hotele, restauracje, magazyny itp. Najgorsze jest to, że ziemia nie należy do mieszkańców wsi. Tym samym budują domy na pokaz, najważniejsze, żeby były duże. W ten sposób powstają wielkie domy nawet 2-3 piętrowie, w których mieszka na przykład para starszych ludzi, a młodsi mieszkają i pracują w miastach, czasem w zupełnie innych prowincjach. Dochodzi do tego, że ci starsi ludzie zapożyczają się u znajomych, bliższej i dalszej rodziny, aby zbudować większy i nowy dom. Inni są w bardziej komfortowej sytuacji - bo ich dzieci czy nawet już wnuki mają lepszą pracę i mogą "zasponsorować" taki dom. Problem jednak w tym, że te nieruchomości nigdy nie będą oficjalnie ich własnością. Jeśli na przykład władze z Pekinu zaplanują tam jakąś autostradę, elektrownię to po prostu wysiedlą siłą tych ludzi, a "nowe" domy będą zburzone. I tak właśnie wygląda łamanie, albo raczej brak praw człowieka w Kraju Środka. Nam to się kojarzy zwykle z karą śmierci, a to ma bardziej lokalny, codzienny wymiar.
W Chinach czasami zadziwiało mnie zachowanie kierowców autobusów. W Polsce kierowcy zwykle starają się sobie pomóc: przepuszczają się na skrzyżowaniach, czekają spokojnie aż jeden odjedzie, by drugi mógł podjechać do zatoczki itp. W Chinach jest zupełnie inaczej - tam kierowcy po prostu ze sobą walczą! Potrafią się przepychać na skrzyżowaniu, walczą o miejsce na pasach ruchu w korkach, albo przecinają ze skrajnego lewego pasa 3 inne pasy ruchu, aby pod kątem zatrzymać się przy zatoczce przystankowej. Potrafią też zajeżdżać sobie drogę właśnie na przystankach, niektóre autobusy stają obok innych zamiast czekać za nimi. Na siłę walczą o każdy metr drogi czy zatoki, niestety w tej walce często cierpią lusterka czy światła. Widziałem już wiele kolizji czy stłuczek, w których uczestniczyły tylko autobusy. Teraz i tak jest lepiej, bo w miastach nie ma mini-busów. Nadal funkcjonują na obrzeżach czy w mniejszych miasteczkach, ale już poza centrum dużych metropolii. Oni w ogóle nie przejmowali się żadnymi przepisami - byle jechać do przodu i zabrać jak najwięcej pasażerów.
W Hong Kongu doszło już do tego, że zamożne chińskie rodziny decydują się rodzić dzieci w Hong Kongu. W szpitalach brakuje czasem miejsc dla legalnych, ubezpieczonych mieszkańców Hong Kongu. Sale położnicze i łóżka zajmują kobiety z Chin, które za dosyć duże pieniądze mogą urodzić w Hong Kongu, zapewnia to teoretycznie lepsze warunki porodu, ale przede wszystkim inne obywatelstwo dla dziecka, więcej przywilejów i wolności. Niestety ludzie z Hong Kongu zaczynają na to narzekać. W prasie pojawiły się nawet komentarze porównujące Chińczyków do karaluchów, którzy wszędzie się pchają. Chińczycy z Hong Kongu piszą, że jest im ich żal, nie mają wolności, nie mają żadnych praw i swobód, ale zaczynają zbytnio panoszyć się po Hong Kongu. Z jednej strony cieszą się, że zarabiają na turystach, z drugiej jednak strony nie chcą widzieć ludzi z Chin kontynentalnych w swoich urzędach i szpitalach. Ot, konflikt interesów. Pieniądze z Chin lubią w Hong Kongu, ale ludzi z Chin już nie!
W niektórych rejonach Chin jest taka tradycja, że osoby starsze (nawet nie tak sędziwe) organizują sobie wcześniej trumny. Powiedziałbym, że to taki lekki hardcore. Co prawda u nas też są ludzie, którzy wcześniej rezerwują sobie miejsca na cmentarzu. Teściowie mojej przyjaciółki w tym roku będą organizować sobie trumny, a mają około sześćdziesięciu lat. Później te trumny będą trzymali w domu. W sumie taka trumna codziennie przypomina - "czekam na ciebie, może już czas? Nie masz ochoty się położyć? Przymierzyć chociaż?". U nas emeryci chcą żyć jak najdłużej, lokaty zakładają, wycieczki, pielgrzymki, opieka nad wnukami. Chociaż w Kraju Środka starsi ludzie też są aktywni i żywotni, wystarczy na moje fotki popatrzeć, te wszystkie ćwiczenia, tańce, śpiewy... Ale tak jest w dużych miastach, na wsi chyba jednak jest inaczej. Tam życie płynie wolniej, są pewne zasady, tradycje, reguły, których się nie zmienia. W miastach staruszkowie chcą się wyszaleć, pograć w mahjonga, karty, obstawiać wyścigi konne, umawiać się na spotkania w parku itp. Poza tym w miastach mają zwykle mniejsze mieszkania to trumien nie mają gdzie wstawiać. Co kraj to obyczaj...
Parę dni temu w pewnym nowoczesnym biurowcu w Shenzhen wydarzyło się coś tragicznego. Na piętro jakiejś firmy wkroczył mężczyzna z kanistrem benzyny. Jak się okazało były chłopak właścicielki firmy. Złapał ją i trzymał przy sobie, odpalił benzynę. Nie znam szczegółów, ale były jakieś ofiary i biuro zostało zniszczone. Najciekawsze jest to, że w budynku jest wielu ochroniarzy, recepcja i bramki przed windami - obcy muszę się rejestrować, a pracownicy mają karty zbliżeniowe do wchodzenia i wychodzenia. Obawiam się, że w dużych miastach będzie coraz częściej dochodziło do podobnych incydentów. Osamotnieni młodzi ludzie, bez rodziny, rodziców, wynajmujący mieszkania lub żyjący w hotelach robotniczych, czy nawet Ci bogaci posiadający mieszkania na własność - w momencie jakiejkolwiek porażki życiowej stają się niebezpieczni. Strata pracy, jakaś ujma na honorze, zawód miłosny, codzienna niesprawiedliwość społeczna wszystko to wzmaga frustrację. Dodatkowo w dużych miastach nie można odpocząć, wyciszyć się, hałas i tłumy ludzi (już teraz nawet w parku) powodują, że rodzi się jakaś chora agresja. Wystarczy do tego dołożyć zawiść, brak zrozumienia, odrzucenie przez jakąś grupę i tragedie mamy gotowe. Podobnie było z atakami na przedszkola. Sam też byłem świadkiem takich nagłych wybuchów agresji. Ogólnie Chińczycy są spokojni, życzliwi, zadowoleni, ale niektórzy są jak bomby zegarowe - wystarczy drobiazg by ich frustracja wybuchła, pojawia się wtedy taka niesamowita agresja, nienawiść, widać wręcz jakieś szaleństwo w ich oczach.
