Dzienniki z Chin
Pamiętniki, zapiski z życia w Chinach
Zastanawiam się, jak Polacy mieszkający w Anglii mogą tak bardzo tęsknić za ojczyzną? Przecież otoczenie, obyczaje, religia, jedzenie, pogoda, święta, architektura - to wszystko jest bardzo podobne. Jesteśmy Europejczykami i w całej Europie nie ma aż tak dużych różnic. Poza tym w Europie wiele rzeczy można doskonale zorganizować, są polskie sklepy, restauracje, wszędzie są rodacy. Co ja mam powiedzieć? Chiny, Azja to zupełnie inny świat. Trzeba mieć ogromne pokłady tolerancji i trzeba być otwartym na świat, akceptować pewne odmienności, rozumieć inną kulturę, a czasem po prostu milczeć, nie narzekać, nie kłócić się. Oczywiście są z tym problemy, ale nie ma komu się poskarżyć, bo przecież tutaj nic nie dziwi, wszystko jest 'normalne' dla Chińczyków. Dla mnie jest zupełnie inne. Oczywiście każdy ma prawo tęsknić za ojczyzną, ale będąc 2 godziny drogi samolotem od domu, ze świadomością, że codziennie do Polski jeżdżą autobusy, mając lodówkę pełną polskiego jedzenia, rozmawiając z Polakami na co dzień, korzystając z polskiego telefonu, czy rzeczywiście można mówić o mieszkaniu na obczyźnie?
Zaobserwowałem, że z etapu akceptacji przechodzę znów do etapu buntu i niezrozumienia Chin. Przyczyną musi być mój miesięczny pobyt w Polsce i ostatnie krótkie wakacje w Indonezji, na wyspie Bali. Otóż, tam ludzie są bardziej kulturalni i życzliwi niż w Chinach. Poza tym ruch uliczny jest o niebo bezpieczniejszy. Miliony ludzi, setki tysięcy skuterów, ale nikt nie trąbi i wszyscy przestrzegają przepisów. Tutaj w Chinach znowu irytuje mnie plucie na ulicy, głośne rozmowy, tłumy ludzi i naprawdę zwariowany ruch uliczny. Wracając z Bali wkurzyłem się na granicy. Chiński policjant sprawdzał mój paszport w jakiś wyjątkowo chamski sposób. Było już po północy. A on szukając pieczątek z poprzedniego przekroczenia granicy kartkował cały mój paszport (30 czystych stron). Każdą stronę dosłownie gniótł w palcach i ściskał jak jakiś notes, albo papier toaletowy. Nie wytrzymałem i po prostu odezwałem się, że to mój dokument, mój paszport i może traktowałby go łagodniej. Gość miał wyjątkowo chamski ryj, zwykła komunistyczna świnia - przepraszam, ale akurat inaczej nie potrafię go opisać. Oczywiście za nic nie przeprosił tylko szybko przybił pieczątkę. Przede mną sprawdzał też jakiegoś Hindusa i trwało to chyba 10 minut. Nawet inny oficer stanął za jego plecami i patrzył, czym on się tak zajmuje. Dawno nie spotkałem tak wrednego człowieka. Mój gniew spotęgowały późniejsze tłumy ludzi, którzy na siłę oferują nielegalne taksówki i prawie wyrywają bagaże z ręki. Można się wściec. Wróciłem z rajskiej wyspy do jakiegoś koszmarnej, miejskiej dżungli. Kiedy Chiny się ucywilizują?
Dzisiaj chiński "sylwester". Piszę to w cudzysłowiu, bo u nich nie ma takiego pojęcia. Jest to po prostu uroczysty wieczór przed nowym rokiem, jutro zaczyna się ROK WOŁU. Jak sama nazwa wskazuje będzie to trudy rok, rok ciężkiej pracy, poświęcenia... Chińczycy gromadzą się w swych rodzinnych domach, jedzą uroczystę obiady i kolacje, odwiedzają znajomych i dalszą rodzinę. Bawią się fajerwerkami, ale nie ma żadnych tańców, czy imprez (może wyjątek stanowi młodzież w dużych miastach), tradycja jest inna, jest to bardziej czuwanie niż zabawa. Jutro wszyscy wręczają sobie czerwone koperty z pieniędzmi na szczęście (zwykle jest to suma 50-400 PLN). Tak więc, życzę wszystkim szczęśliwego nowego roku, oby nie był aż tak trudny, jak się zapowiada w obliczach kryzysu gospodarczego.
CZY WIECIE, ŻE... większość chińskich kierowców nigdy nie zdałaby nawet chińskiego egzaminu na prawo jazdy? Ich egzamin jest banalnie łatwy i nie ma nic wspólnego z jazdą po mieście, przestrzeganiem znaków, przepuszczaniem pieszych - tak jak ma to miejsce w Polsce. Otóż, większość przyszłych kierowców (czytaj iditów) daje łapówki. Mój znajomy wręczył 1300 RMB (jakieś 600 PLN), aby na pewno zdać egzamin. Jak widzicie ludzkie życie nie ma wielkiej wartości. Później tacy świeżo upieczeni 'kierowcy' powodują wypadki, potrącają pieszych i ocierają się o samochody przy parkowaniu. Jeśli więc będziecie w Chinach i ktoś Was będzie woził samochodem jak wariat to możecie go podsumować: JEŹDZI JAK KIEROWCA ZA 1300.
W drogerii Watsons zobaczyłem noworoczną niespodziankę - bombonierkę Solidarność. Miło po dwóch latach zobaczyć coś polskiego w chińskim sklepie. Naprawdę od dwóch, nawet trzech lat niczego z Polski nie widziałem. Cały świat robi świetne interesy z Chinami, a Polska nie potrafi niczego tutaj zaoferować. Jesteśmy obrażeni na Chiny. Na ich rynku są włoskie wody mineralne, niemieckie ciasta, rosyjskie ogórki, francuskie czekoladki, angielskie perfumy... są tysiące produktów z całej Europy. Oczywiście niektóre są znane i markowe, ale jest wiele zwykłych produktów spożywczych, które po prostu się tutaj sprzedają. Zobaczyć coś MADE IN POLAND to nadal rzadkość!
